sobota, 31 marca 2012

001# Frank Sinatra - The Voice Of Frank Sinatra

Pan Frank Sinatra to znany nie tylko ze śpiewu jegomość. Grywał również w filmach, trochę musicali, ale i np. Oscarowe "Stąd do wieczności". W muzyce klasyfikuje się go w obrębie swingu, a więc lekkiej, tanecznej muzyki jazzowej. To taki pop lat 30-40, gdzie teksty są głównie o miłości i bawieniu się, a utwory nie trwają dłużej niż 3 minuty. Album The Voice of Frank Sinatra (Głos Franka Sinatry) jest podręcznikowym wręcz przykładem tego gatunku. Lekkie, melodyjne kawałki z przyjemnym wokalem Sinatry wprawiają w dobry nastrój. Raczej powolne i melancholijne niż żywiołowe, ale i tak pełne pozytywnej energii. Jako przedstawiciel swego gatunku i wizytówka swoich czasów - wyśmienite. Jako coś mającego równać się z nowoczesnym jazzem - raczej zabawna ciekawostka, do przesłuchania i zapomnienia. Rzecz jest zbyt pretensjonalna po prostu, jakieś skrzypce, wręcz ćwierkające ptaszki, napompowany głos Sinatry, delikatny flet. Zbyt ckliwe!

Rok wydania - 1947
Cza trwania - 24:13
Utwory:

1. "You Go to My Head" (Haven Gillespie, J. Fred Coots) – 3:00
2. "Someone to Watch Over Me" (George Gershwin, Ira Gershwin) – 3:18
3. "These Foolish Things (Remind Me of You)" (Holt Marvell, Jack Strachey, Harry Link) – 3:08
4. "Why Shouldn't I?" (Cole Porter) – 2:53
5. "I Don't Know Why (I Just Do)" (Roy Turk, Fred E. Ahlert) – 2:46
6. "Try a Little Tenderness" (Harry M. Woods, James Campbell, Reginald Connelly) – 3:08
7. "I Don't Stand a Ghost of a Chance with You" (Bing Crosby, Ned Washington, Victor Young) – 3:11
8. "Paradise" (Nacio Herb Brown, G. Clifford) – 2:37

piątek, 30 marca 2012

Start

Od bardzo niedawna zacząłem na poważnie interesować się muzyką. Zacząłem jej naprawdę SŁUCHAĆ. W moim rozumieniu SŁUCHANIE muzyki (dla podkreślenia pisane dużą literą) to coś więcej niż jej włączenie. Muzyka, która leci w tle to jeszcze nie jest SŁUCHANIE. Aby SŁUCHAĆ trzeba robić to naprawdę. To znaczy robić tylko to i skupiać się na tym. Pozwolić porwać się dźwiękom, wczuć się w nastrój kreowany czy analizować (zależnie od typu muzyki). Nie będę w tym miejscu się nad SŁUCHANIEM rozwodził, ale chcę zwrócić uwagę, że muzyka SŁUCHANA okazuje się dużo bardziej wartościowa od słuchanej. Odkryć w niej można wiele więcej. Polecam zatem zaopatrzyć się w dobre słuchawki, a już z tych kompresowanych empetrójek można wyciągnąć ZNACZNIE więcej. W pewnym momencie dostrzeżecie, że zmiana jakości video na youtube'ie zmienia też jakość dźwięku. Będziecie cierpieć słuchając gorszej jakości, gdy wybrać można lepszą. Do tego jednak potrzebny jest sprzęt, na wbudowanych głośnikach od laptopa różnicy nie słychać. Na porządnych głośnikach zdecydowanie tak, ale porządne kosztują. Dlatego polecam słuchawki, dobre można kupić za kilkanaście razy mniej, a do tego oferują one izolację. Izolacja to dobra rzecz, gdy chcemy SŁUCHAĆ.

Jednak aby SŁUCHAĆ muzyki poza odpowiednim nastawieniem i sprzętem trzeba mieć też CO słuchać. Gdy zaczynałem łapałem się rozpaczliwie różnych zasłyszanych wcześniej nazw zespołów i nazwisk. Miałem złą taktykę, okropną wręcz. Brałem na warsztat zespół i od początku do końca wałkowałem dyskografię danego wykonawcy. Tak przerobiłem Beatlesów, Pink Floydów, King Crimson, Yes, Genesis i kilka innych. Złe podejście - lepsze jest słuchanie na początek najlepszych albumów danego wykonawcy i wracanie do niego głębiej, gdy przyjdzie ochota. Nic nie należy wymuszać. Jednak jak znajdować kolejne warte uwagi zespoły? Zależy od podejścia. Czy chcemy posłuchać fajnej muzyki, która nam się spodoba czy ciągle być w drodze i POZNAWAĆ? Dla tych pierwszych pomocne są serwisy typu last.fm, rateyourmusic.com czy allmusic.com, gdzie obok wykonawcy wyświetlają się podobni - tacy, którzy mogą się nam spodobać. Tym sposobem można kręcić się np. w gatunku progressive rock całe życie. Dla chcących poznawać polecam opcję analizy gatunkowej - poznawanie najlepszych przedstawicieli danego nurtu i nie zostawanie w nim na stałe, ale ciągle szukanie dalej. Dla bardziej wytrawnych - analiza historyczna. Słuchamy muzykę od początku istnienia do końca. Początek istnienia, to czasy prehistoryczne, ale to nas w tym momencie mniej interesuje, nie sądzę by nas interesowała też muzyka średniowieczna czy barokowa. Tak naprawdę interesuje nas w tym momencie muzyka XX wieczna. I to raczej tylko rozrywkowa - jazzy jakieś, rocki i elektroniki, hip-hopy i techna etc.

Jim Irvin napisał książkę The Mojo Collection. Wylicza w niej kilkaset najważniejszych (najlepszych?) albumów muzycznych. I oto sposób na wspaniały start lub uzupełnienie braków/poszerzenie horyzontów.

Blog niniejszy będzie miał formę prezentacji kolejnych albumów wyliczonych w tej książce z krótkim opisem. Zobaczymy jak to wyjdzie, dużo pracy przede mną i dużo słuchania, bo choć wiele już znam, to większości na pewno nie.